Jedziemy sobie wygodnie na tylnym siedzeniu mocno chyboczącego się tuk-tuka. Chociaż właściwie to nie jestem pewna, czy „wygodnie” to odpowiednie słowo. Podskakujemy na każdej, mniejszej czy większej dziurze. Nasza wygoda polega raczej na tym, że to pan Bun przejął stery, my skupiamy się na błogiej bezczynności xD Tak, przyda nam się taki dzień. Niby leniwie i na lekkim chillu, ale jednak kontynuujemy zwiedzanie, bezmyślnie, ale cały czas do przodu 😛 Mijamy małe wsie, pojedyncze domki, skromne sklepiki i lokalne targi. Otacza nas totalna bieda, wychudzone zwierzęta, pracujący ludzie i… stosy śmieci, a wśród tego wszystkiego uśmiechnięte i pełne energii dzieciaczki. No cóż… Typowo kambodżański klimat w pełnej krasie.

Wioska na Wodzie oraz Plantacja. Chociaż uprawa pieprzu wiedzie prym, to jednak nie zapominajmy, że w rejonie dzieje się o wiele więcej.

 

Plan na Dzisiaj.

    Nastał kolejny cudowny dzień w Kambodży. Szybkie ogarnięcie, gorąca kawa, smażone jajka i jesteśmy gotowi do drogi. Pan Bun już czeka. Plan jest typowo relaksacyjny, a jego realizacja ma być przeprowadzona w mocno zwolnionym tempie. Przede wszystkim wizyta na plantacji pieprzu (podobno pieprz z Kampotu jest jednym z najlepszych na świecie), a przy okazji mamy zobaczyć wioski na wodzie, solanki i okolice. Do dzieła! Przecież nasz leniwy plan sam się nie wykona 😛

 

Wioski, Okoliczne Targi i Życie na Wsi.

    Spodziewam się, iż jest to dość popularna trasa i okoliczna ludność jest przyzwyczajona do wścibskiego wzroku turystów. Oczywiście „popularna” w trochę innym znaczeniu tego słowa niż my, Europejczycy sobie zazwyczaj wyobrażamy. W każdym razie obserwujemy mieszkańców, a oni nas z wzajemną ciekawością. Życie w Islandii jest łatwe, uprzywilejowane, leniwe. Trudno jest nam sobie teraz wyobrazić ich trud, zrozumieć z czym muszą się zmagać każdego dnia. Wyprowadziliśmy się z Polski zaledwie 4 lata temu, a już idea mieszkania w kraju wydaje się dziwna, a problemy ludności – trochę obce i niezrozumiałe. Co dopiero tutaj. Tutaj życie rzeczywiście do łatwych nie należy.

Okolice Kampotu. Tu życie toczy się swoim własnym, leniwym tempem.

 

Wioska na Wodzie.

    Z kolei wioska na wodzie okazała się nie lada rozczarowaniem. Przede wszystkim dlatego, że aby zobaczyć tu trochę życia, należy udać się do wioski pod wieczór. A my oczywiście zawitaliśmy tu niemalże z samego rana. Ech… Tak to jest jak się zostawi wszystko w rękach kogoś innego 😛 Nie mówię, że pan Bun chciał źle, ale na pewno doskonale wiedział o której godzinie powinniśmy tu być. W sumie my też mogliśmy zrobić dokładniejszy research… Jednak całą ideą tego dnia była minimalizacja procesów myślowych z naszej strony, a więc wyszło jak wyszło 😛 Pozostaje nam tylko wyobraźnia. Tylko tak możemy zobaczyć to miejsce pełne życia i kolorów, czyli takie jakie właściwie powinno być.

Wioska na Wodzie – zmarnowany potencjał.

 

Pieprz. Sklep i Plantacja.

    Pierwszym miejscem związanym z uprawą pieprzu był malutki sklepik i pokój, gdzie ręcznie segregowano ziarenka oraz małe pokazowe pole. To tutaj poznaliśmy tajniki uprawy oraz zakupiliśmy prawdziwy kambodżański pieprz, który udoskonala nasze potrawy po dziś dzień 😛 Ogólnie często kupujemy przyprawy za granicą. Zapachy, które unoszą się w kuchni często przypominają nam nasze wojaże i przygody w Tajlandii, Maroko czy Turcji. Nie mówiąc nawet o tym, jakie smaki można z tego wyczarować 😛

    Drugie miejsce to właściwa plantacja. Ogromne pole, gdzie uprawia się nie tylko pieprz. Rosną tu ananasy, papaje, banany, kaktusy i ogólnie cała gama egzotycznych owoców. Można się też skusić na wycieczkę z zaprzęgiem bawołów. My raczej nie uczestniczymy w tego typu zabawach. Nie chcemy, by zwierzęta były zmuszane do dodatkowej pracy ku naszej uciesze. A bawoły przecież nie zostały stworzone do pracy w turystyce…

 

Uprawa pieprzu.

    Zwiedzając dwa poprzednie miejsca dowiedzieliśmy się co nieco o samej uprawie pieprzu. Po pierwsze w Kambodży mamy pieprz zielony (pochodzi z Indii) oraz pieprz długi (z Indonezji). Po drugie cały proces nie jest wcale taki prosty i wymaga czasu, by pozyskać plony dobrej jakości.

    Wpierw czyści się pole, ustawia pale i układa dach z liści kokosów. Pieprz lubi cień, czemu nie należy się dziwić. W końcu oryginalnie pochodzi z lasów deszczowych. W momencie kiedy drzewka pieprzu rosną i owijają się wokół ustawionych pali (dokładnie tak, jak robiły to naturalnych warunkach), to przywiązuje się je korą drzew. Jak może już zauważyliście – przy uprawie używa się tylko naturalnych składników.

    Pierwsze plony zbiera się dopiero po trzech latach od zasadzenia. Z pieprzu zielonego uzyskuje się pieprz zielony oraz czarny, z czerwonego mamy czerwony oraz biały. Chcecie wiedzieć więcej? Super! Zapraszamy na nasz kanał na yt! Link do odcinka z Kambodży pod wpisem 😛

Okolice Kampotu i uprawa pieprzu.

 

Solanki.

    To był nasz ostatni punkt wycieczki i zdecydowanie największe rozczarowanie. Podług tego, co zaserwowały nam solanki, to nawet wioska na wodzie była hitem xD Wizyta tutaj to właściwie jeden smutny budyneczek, gdzie możecie zobaczyć sól w woreczkach. Z tego, co kojarzę prezentowano nam trzy rodzaje, ale muszę przyznać, że za specjalnie nie słuchałam. Już po postawieniu pierwszego kroku wiedziałam, że nie zostanę tutaj dłużej niż kultura tego wymaga. Zrobiliśmy kilka fotek wysuszonego pola, które podczas „zbiorów” zalane jest wodą i ruszyliśmy w drogę powrotną. Później widziałam też solanki w Hiszpanii (Ibiza oraz Formentera). Powiem szczerze, że te również mnie na kolana nie powaliły xD No, ale cóż co zostało zobaczone, to zostało zobaczone 😛

Solanki – totalna strata naszego czasu.

 

Uprawa pieprzu i wioski w okolicy miasteczka Kampot.

    Czasami odpoczywamy, nawet na wycieczkach 😛 To był właśnie jeden z takich leniwych dni. Czy warto oddawać się w ręce lokalnych przewodników? No cóż… bywa z tym różnie. My raczej nie jesteśmy fanami takiego stylu, ale każdy przecież podróżuje po swojemu 😛

    W sumie to może jesteśmy trudnym i wymagającym materiałem, bo sami jesteśmy przewodnikami po naszej wspaniałej Islandii 😛 I wiemy, że robimy wszystko, by nasi klienci byli zadowoleni. Poziom, który wymagamy sami od siebie pewnie dyktuje też nasze oczekiwania podług innych. Ale nie ma co marudzić, wycieczka (poza małymi niedociągnięciami) była udana, dowiedzieliśmy się dużo i zrelaksowaliśmy. A kolejna impreza w Arcadia Backpackers już czeka 😛

 

    Mała uwaga: w żadnym z tych miejsc nie płaciliśmy za wstęp. Jedyny koszt jaki ponieśliśmy to 30$ dla pana Buna za transport i jego usługi przez niemalże cały dzień + kilka dolarów za pieprz w sklepiku (zakupy nie są przymusowe).

 

Podobne: Amphawa Floating Market (Tajlandia), Tarasy Ryżowe (Bali, Indonezja)

 

Kambodża – Karta kraju, informacje, inne posty i filmy.

Leave a Reply

Facebook